ÓSMY KOLOR TĘCZY

RADZYŃSKIE STOWARZYSZENIE NA RZECZ OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH

RSS 2.0

Przekaż nam 1% podatku

KRS 0000440013

Dążyć do tego, co poza tęczą

Przekraczam prób siedziby Radzyńskiego Stowarzyszenia Na Rzecz Osób Niepełnosprawnych przy Parkowej 2. Po wejściu, z lewej strony gospodarze zapraszają do domowego „pokoju kuchennego” z wygodną kanapą i  dużym stołem, na którym na gościa czeka zawsze gorąca kawa lub herbata. Pani Sylwia Marczuk, prezes „Ósmego koloru tęczy”, wraz z wiceprezesem, p. Kazimierzem wołają, pracujące na piętrze w pracowni, panie: Ewę i Marię, które po rozmowie „na dole” odwiedzę w ich królestwie.

Przechodzimy do pokoju „dziennego”, również przytulnego domowego zacisza.

Stanisław Wiater: Nie wiem sam od czego zacząć, długa historia. Samo założenie stowarzyszenia było chyba w 2012 roku. Powstało z inicjatywy rodziców osób niepełnosprawnych.

 

Na początku było trudno, ciężko, ale powolutku szło do przodu. Każdy miał swój udział w założeniu stowarzyszenia, w jego działalności.  Chcieliśmy mieć swój lokal, miejsce spotkań, rozmów. Podzielić się doświadczeniami, jakie mamy problemy, jak je rozwiązywać.

Zależało nam przede wszystkim na  integracji osób niepełnosprawnych z otoczeniem – by wychodzić na zewnątrz, pokazywać się, nie ukrywać. Nie wstydzić się przede wszystkim dzieci, takich, jakie mamy. Zaczęło się to powolutku rozkręcać i kręci się do tej pory.

Maria Zegar, skarbnik stowarzyszenia: Takie stowarzyszenia, może nie dosłownie stowarzyszenia, próbowaliśmy już robić kilka razy. Teraz się udało, było kilku zapaleńców. Powiem, dlaczego ja przyszłam. Bo ja chciałam się wynieść z wszystkimi śmieciami, które mam w domu. (śmiech)

Strasznie lubię robić coś z niczego. My z Ewą wyżywamy się tam, bałagan mamy w tej chwili w pracowni, ale próbujemy go opanować. Robimy tam wiele takich artystycznych rzeczy. Ale można też uczyć przez to dzieci, że się robi różne rzeczy i wszystko jest piękne. 

Miałam tylko nadzieję, że będzie ich trochę więcej, ale ta nadzieja jeszcze nie umarła. Więc jeśli się ruszy, myślę że teraz jak się zacznie śnieg, deszcz, u nas też się zacznie coś dziać. Dzieci też będą przychodzić, nie tylko będą siedzieć przed komputerem czy telewizorem. Będziemy działać –  integrować się, będziemy wielką, dużą, piękną, kochająca się rodziną. Nie ma cudzysłowu żadnego.

Czego oczekuję? Że będzie dalej jak najlepiej. Że będą się zgłaszać ludzie, nie tylko z dziećmi niepełnosprawnymi, ale też  tacy, którzy chcieliby po prostu coś robić dla Radzynia, robić coś dla siebie. O tej małej społeczności myślę cały czas. Gdzieś, za granicą, są takie piękne kluby, które na przykład witają na ulicy nowego sąsiada. U nas nie ma takiej tradycji, a można byłoby. Tak przy kawie, może raz na miesiąc się spotkać? Same kobiety, sami ojcowie, może razem z dziećmi? Także formy tych spotkań można wymyślać przeróżne.

Pytam o genezę nazwy:

Pani Maria: Spodobało mi się bardzo „ósmy kolor tęczy”, czyli szukanie czegoś, czego nie ma. Cały czas szukamy tego szczęścia, które jest właśnie poza tęczą. Dlatego „Ósmy kolor tęczy”. Został zaakceptowany przez wszystkich. Była taki niepisany, rozpisany konkurs na nazwę no i akurat to się najbardziej podobało.

Szukałam też w internecie, ale jest tyle „razem”,  „spotkajmy się”, tyle „Bądźmy wspólnie”. A trochę  z takiego bardzo ciepłego, fajnego filmu, gdzie babcia pewnej bohaterki mówiła o szukaniu ósmego koloru tęczy. I tak to powstało.

Ewa jest po prostu ciągana razem z nami. Ja ją ciągnę (śmiech).

Chodzi o to, żeby osoby takie jak Ewa, jak Mariusz, jak inni, dorośli, samodzielni, nie siedzieli w domu, tylko coś robili. Nie mają możliwości aktywizacji w społeczeństwie, chodzenia do pracy, bo w małych miejscowościach tego nie ma. Chociaż oni są, komputerowo…  Ja na przykład podziwiam Mariusza, jak ustawiał zegarek Kazimierzowi palcem od nogi. Ja bym ręką tego nie zrobiła, nie mówiąc już o nodze (śmiech). Mam ochotę też spróbować  – on kiedyś malował. Próbuję go namawiać, na razie jest  „potem, potem, potem”. Myślę, że dojdzie do tego, że zacznie też coś artystycznie tworzyć.

Jest jeszcze Dawid, Ania. Oni może rzadziej, mają trochę więcej takich swoich obowiązków  domowych. Ale jak są imprezy, to też bywają u nas. Cieszę się bardzo, że się rozrastamy.

Kazimierz Ostrowski: Trafiłem tu przez kompletny przypadek i zostałem zastępcą prezesa (śmiech). Los tak chciał.

Jak ja już zacząłem działać, to było tak, że to stowarzyszenie, nie ma co ukrywać, było na ilość. Z tego, co zauważyłem na początku jak najwięcej ludzi należało do tego stowarzyszenia. Każdy sobie wyobrażał, prawdopodobnie, jakieś tam same korzyści, może jakieś profity i inne rzeczy. Na początku tak było. Sam byłem zdziwiony, jak byliśmy na przykład w Ostrówkach. Kurcze. Balanga, wyżerka, różne atrakcje i tak dalej! I tak się zacząłem zastanawiać, skąd to, co to, jak to i tak dalej. Później to się już trochę dowiedziałem.

Było tak, że było zebranie walne i postawiłem oczy, bo zobaczyłem, że po tych wszystkich cudownych chwilach zaczęły się zgrzyty. Nie byłem zorientowany o co chodzi. Zanim się zorientowałem, to już połowa ludzi się odkręciła od stowarzyszenia. Nie wiem, czym było to spowodowane, różnymi rzeczami. Próbowaliśmy to później ze Stasiem naprawiać, coś tam wyjaśniać, coś tam z powrotem, jak kura te kurczęta do siebie. Nie dało się.  Z czasem doszedłem do wniosku, że ludzie są tylko roszczeniowi. Większość uważa, że im się należy.  Palcem kiwnąć  to nie bardzo. Jeżeli ktoś się za bardzo wychyla, to trzeba go na widelec, na widły. (śmiech).

Różne tu były koleje, wzloty i upadki. Sama ta siedziba była wcześniej w pałacu. Była praktycznie symboliczna, jeżeli chodzi o opłaty, ale to było niepewne, nie można było się rozwijać, nie można było nic tutaj zrobić. Słyszałem bardzo często, że te stowarzyszenie to ma być rodzina. Rodzina! No i tak miałem w głowę wtłoczone, że to stowarzyszenie powinno tworzyć taką rodzinę, m.in. jak koleżanka mówiła.  Potem się okazało w rzeczywistości, że w rodzinie też się kłócą o różne rzeczy, gniewają. Podobnie i tutaj tak  wyszło.

W końcu chcieliśmy być bardziej samodzielni, zaczęliśmy o to zabiegać. To były takie marzenia, trochę naiwne. Ten budynek, ten plac, żebyśmy tutaj przejęli. Udało się. Było paru zapaleńców, którzy nie do końca wierzyli, no i wyszło.

Wyszło i zaczęły się następne kłopoty, prawdziwe. Ale wyszło, jak wyszło. Już tutaj mieliśmy parę pomysłów. Chcieliśmy i marketing zrobić, i inne rzeczy. Żeby nie tylko chodzić i „dziadować”, tylko żeby samemu coś stworzyć, zarobić, z czymś wyjść Sporo rzeczy osiągnęliśmy.

Dostaliśmy 5 rowerów rehabilitacyjnych. Myślałem, że to może będzie impuls, gdzie ludzie się będą kłócili między sobą, kto ma pierwszy ten rower wypożyczyć i tak dalej – t to wszystko za darmo. To chyba jest coś w ludzkiej mentalności, że to coś nie bardzo, podejrzane. Jakby było za 5 złotych na przykład wypożyczyć, to by się okazało, że też niedobrze, bo trzeba za to płacić.

Zmieniliśmy statut, żeby można było prowadzić jakąkolwiek działalność. Jest tak zmieniony, że możemy prowadzić działalność gospodarczą w różnych zakresach. Przyjrzeliśmy się paru rzeczom, ale to też wszystko wychodzi z czasem, co jest bardziej realne, a co mniej. Koszty jakieś trzeba tutaj ponosić w związku z utrzymaniem, ze wszystkim.

Codzienność

Kazimierz:  Jak się zorientowałem tutaj, jak zostałem po tych wyborach trochę na siłę tym zastępcą, to  mnie tak to zmotywowało, że ja sobie teraz nie wyobrażam życia bez stowarzyszenia. Nigdy nie myślałem, że mogę być takim społecznikiem, bo tak jak dużo straciłem na zdrowiu i na kasie paląc papierosy od małego, tak i sporo straciłem jeśli chodzi o stowarzyszenie. To jest taki drugi nałóg (śmiech).

-A co zyskałeś? – pytają go członkowie.

Sam się dowartościowałem.

Przez pomaganie

Tak, mogę podziwiać tylko osoby, które nie mają nic wspólnego z niepełnosprawnością, a potrafią się tutaj angażować itd. Nie ukrywam, że jeśli chodzi o mnie, to jest Maciek. Człowiek wie, że już bliżej, niż dalej. Mam nadzieję, że on mi tam kiedyś kwiaty przyniesie, a nie ja jemu. Chciałbym, żeby pomimo rodziny,  przyjaciół i innych rzeczy, to człowiek chce mieć jakoś tam w miarę taką pewność, że nie zostawił go na lodzie. I takim głównym tym dążeniem jest to, żeby kiedyś, małymi kroczkami powstał jakiś dom spokojnej starości. Sporo osób o tym mówi, jest duże zapotrzebowanie. Nawet teraz, przy wyborach, dowiedziałem się, że 1/3 to jest społeczeństwo starsze i do tego wśród nich już dużo niepełnosprawnych. Każdy ma podobne myśli, tematy, ale każdy oczekuje, że to ktoś za nich zrobi.

Wierzę w pewne rzeczy. Nigdy nie myślałem i dam sobie rękę uciąć, że 90% osób nie wierzyło, że będziemy mieli ten budynek, ten plac. Chociaż też są tacy, co uważają, że się wsadziliśmy na minę niepotrzebnie, są koszty. My to dzierżawimy, trzeba czynsz zapłacić, media i inne rzeczy. I tak musieliśmy to sami wydreptać i tak dalej. Ale w końcu mówię: „Płacisz 5 złotych za to, że należysz przez miesiąc czasu. Czy ty gdzieś tam, jedna czy druga osoba, poszła, wydreptała, wyprosiła, wydziadowała? Nie! Tylko chcecie oceniać!” Ale samemu nic.

Gołębiarzowi nie mogę wytłumaczyć na przykład, jak ma takie hobby, że dla mnie to są  ptaki, co latają, trochę bardziej wartościowe od wron. Ale ma takie hobby,  moim  jest stowarzyszenie. A zmusić nikogo do niczego też nie można.

Jeszcze na początku to było wszystko na ilość. A teraz doszliśmy do wniosku, że nikogo nie będziemy ani namawiać, ani zmuszać. Przychodzą takie osoby, taki Mariusz. Nie należą do stowarzyszenia, ale chcą się tutaj odnajdywać. Mariusza kiedyś znałem tylko z widzenia, jak jeździł i też różne rzeczy na jego temat słyszałem. Po zapoznaniu okazało się, że jest bardzo inteligentnym,  wartościowym człowiekiem. Do życia podchodzi w inny sposób. Gdyby jeszcze zdrowi ludzie potrafili tak się cieszyć i zdawać sobie sprawę ze swego życia, tego, po co i dlaczego istnieją. Oni nie postoją ze swoją mentalnością koło tego Mariusza. Ale każdy, kto go nie zna a widzi, to myśli że to jest albo kara Boża albo jakiś niedorozwój albo jeszcze coś. A nie wiem czy ktokolwiek by z nim w szachy wygrał albo dorównał jego inteligencji. Przeżył trzy śmierci kliniczne. Ma taką bogatą wiedzę z własnych przeżyć. Nie chodzi i nie biadoli, że jemu źle.

Gdy chcesz mu pomóc, to on się wkurza. Jest samodzielny. Na takich ludziach  chcemy się opierać. Nikt go nie zmusza. Pytaliśmy, czy chce należeć do stowarzyszenia. Mówi, że się musi jeszcze zastanowić. Dla niego to jest jednak decyzja. Widać, że rozsądnie, nie jest chłystkiem takim, chorągiewką. Tak się tutaj do nas przyzwyczaił, że się obawia, co będzie zima, gdy wiatr wieje czy cokolwiek, to nie może przyjść. Ale tak się tutaj zaszczepił, że  już po ósmej pod bramą stoi.

Sylwia Marczuk: Opowiem w skrócie, jak to się zaczęło. Pojechałam na pierwsze spotkanie w Kopinie, zadzwoniła do mnie koleżanka. Mój kolega z ZUS-u powiedział: „Chcesz z nami być?” Tak to się zaczęło (śmiech). Tyle. Pomagałam koledze, potem wsiąkłam. Przesiąkłam. Chcę robić coś dla mojego Andrzeja i  dla innych.

Kazimierz: Jeszcze zanim tę siedzibę mieliśmy, to oprócz tych zbiórek i innych rzeczy organizowało się festyny, było o nas bardziej słychać. Teraz idziemy, już mając siedzibę, w innym kierunku. Zaczynamy pisać projekty i teraz to my chcemy do ludzi wychodzić. 

Sylwia: Chcemy pomagać osobom niepełnosprawnym, starszym i samotnym. To już będzie z projektu. Od listopada będziemy mieć 3 opiekunów społecznych. Chcemy pomagać osobom starszym, niepełnosprawnym i samotnym. 

Kazimierz: Nie ma co ukrywać, że pomimo tego, że jesteśmy jako stowarzyszenie apolityczni itd., nie da się bez polityki żyć. Jesteśmy zależni. Wszystko zależy od tego, czy władze nas będą zauważały, będą nam chciały pomóc. My będziemy mieli lżej, a wszyscy potrzebujący lepiej.

Maria: Oni mają projekt ekonomiczny, a my z Ewą dbamy o artystyczny i o to, żebyśmy byli widoczni. Karnawał, mikołajki, andrzejki, takie rzeczy można by zacząć robić. Kiedyś podczas paraolimpiady był taki korowód, który szedł przez miasto. Wrócimy do tego. Już tyle strojów nazbierałam, że nas już wszystkich bym przebrała. Także powoli będziemy widoczni i w mieście. Myślę, że można by się zacząć angażować w to, co się tu dzieje.

Do szkoły  w Łukowie trafiłam przez przypadek, bo chciałam, żeby i dziewczyny skorzystały, to również niedaleko, i bardzo mi się podoba ich inicjatywa. Ta szkoła medyczna pomaturalna i liceum wychodzi do miasta. Na przykład teraz na 100-lecie Niepodległości jest bieg nordic-walking, bieg normalny, przedszkolaków, małych dzieci, większych niepełnosprawnych i zapisałam się, biorę w tym udział. Ale myślę, że na przyszłość możnaby było coś takiego zorganizować i u nas.

Nie licząc na to, że jest jakieś wielkie stulecie, ale można to robić cyklicznie przy jakiejś uroczystości w Radzyniu. Niekoniecznie musi to być ogólnopolskie, ale nasze, lokalne. Wtedy pokażemy się, że jesteśmy. Jest u nas też koło nordic walking, są koła sportowe, więc jakbyśmy się tak zjednoczyli w jednym czasie też byłoby fantastycznie. Powiększa się ta nasza dróżka rowerowa. Chociażby tylko taka trasa, to już byłoby bardzo fajnie. Pewnie można wybrać taki termin, żeby było ciepło i dla wszystkich dobrze. I rowery byśmy wykorzystali.

Kazimierz: Słusznie. I oby w tym wszystkim było jak najmniej słomy, czyli słomianego zapału.

Maria: Tak jest. Żeby to robić cyklicznie, żeby to było tak, jak trzeba. Żeby naszego zapału nie gasili. Bo są osoby, które mówią „a, po co, bo to się i tak nie uda”. Nie lubię takich ludzi, którzy jeszcze nie zaczęli, a już skończyli

Pytam o genezę wydarzenia, które dla wielu radzyniaków jest wizytówką stowarzyszenia, czyli Radzyńskiej Paraolimpiady. Jak to się zaczęło, skąd pomysł? Jak doszło do premierowej paraolimpiady?

Maria: Kiedy się tylko spotykaliśmy, myśleliśmy o tym, żeby było coś takiego cyklicznego. A paraolimpiada akurat tak się przykleiła. Myślałam jeszcze o innej imprezie, którą zaczęliśmy i była z wielkim przytupem. To był nasz pierwszy koncert charytatywny. Tu trzeba więcej wysiłku, a paraolimpiada jest nasza.

Sylwia Marczuk: Wychodzenie do osób, do społeczeństwa. Osoby niepełnosprawne wychodzą do społeczeństwa. To jest rok w rok. Nawet dostaliśmy nagrodę za paraolimpiadę.

Maria: Angażowani są też mieszkańcy, szkoły okoliczne, wielu nauczycieli, na przykład Janusz Wlizło, który pierwszą olimpiadę nam „skomponował”. Na tej bazie są tworzone kolejne edycje. Te punkty konkurencji robią różne osoby. każdy ma coś przypisane. Już jest inaczej, nie robimy tego samemu, nie robi tego jeden człowiek. Myślę, że tak się to będzie rozrastać. Hala ZSP – miejsce jest fantastyczne, dlatego, że ta sala jest duża, pomieści  widownię, i uczestników.

Kazimierz: Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale chodzi o genezę. Sam zamysł paraolimpiady nie był taki nowatorskim to już w Polsce występowało. Tutaj zostało pierwszy raz na terenie Radzynia zorganizowane, przyjęło się i teraz jest kontynuacja. Paraolimpiada sama w sobie nie była wymyślona przez stowarzyszenie.

Sylwia: Ale to jest paraolimpiada na zasadzie zabawy.

Maria: To nie są zmagania sportowe, to są zmagania na poziomie naszych dzieci.

Kazimierz: Takim sporym osiągnięciem, taką wisienką na torcie jest to, że mamy wszystko związane z 1%. Część osób z tego korzysta, ale nawet w tym wypadku nie każdy jest zadowolony. Dlatego, że jeżeli już ktoś przystąpi do tej akcji, uzyska wszystkie dokumenty itd., to jest taka możliwość, że dla swego dziecka może uzbierać tych pieniędzy. To nie jest tak, że ktoś z kieszeni wyjmuje.

Jeśli nie przeznaczysz dla jakiejś osoby, to idzie do państwa. Ale tutaj też są nieraz takie zgrzyty. Pomimo tego, że to jest jakby tajne, że nie każdy o tym wie. Ale o to trzeba zabiegać. Rzeczywiście, autentycznie można jakiś tam zastrzyk gotówki, w różnej formy, czy do zakupu, czy do operacji… Jest to dodatkowe źródło. Ale konkretne źródło dla danej osoby, ale ta osoba chociaż w tym wypadku musi sama zadbać o to poprzez różne działania. Ale zauważyłem, że jest część osób, która  myśli, że jeśli już ma wszystko załatwione do 1%, to będzie im jak do skarbonki spływało. No nie, nie na tym ta sztuka polega.

Odwiedzam pracownię, umiejscowioną na piętrze siedziby. W artystycznym pokoju powstają małe cuda.

„Ósmy kolor tęczy” – miejsce ludzi dobrej woli.

Ul Parkowa 2, otwarta od poniedziałku do piątku w godz. 9.00-14.00

 

Jakub Hapka

Nasi podopieczni

Tomasz Boda

ZOBACZ WIĘCEJ

ZOBACZ WSZYSTKICH PODOPIECZNYCH

test